środa, 28 września 2016

Evree, Magic Rose, upiększający krem do twarzy oraz upiększająca kuracja do twarzy i szyi (olejek)

Moją skórę opisać można następującymi przymiotnikami: trzydziestoletnia, tłusta, płytkounaczyniona z widocznymi teleangiektazjami i ogromną skłonnością do rumienia. Różany krem Evree skierowany jest do potrzeb właśnie takiej cery, a obiecuje nawilżanie, tonizowanie, wyrównywanie kolorytu skóry i hamowanie pierwszych oznak starzenia - czyli  wszystko, czego poszukuję w swojej pielęgnacji nocnej.


Szklany słoiczek o pojemności 50 ml (29,99 zł) wystarczył mi na około dwa miesiące cowieczornego stosowania. Wydaje mi się, że producent zdecydował się na takie a nie inne opakowanie ze względu na konsystencję kosmetyku - dość gęstego, białego masełka o delikatnym różanym zapachu. Mazidło aplikowało się bez żadnego problemu i szybko wchłaniało bez zostawiania tłustego filmu.


Nie ukrywam, że decyzję o zakupie kremu bardzo ułatwił mi skład produktu. Na moje laickie oko wygląda naprawdę nieźle. I, co najważniejsze, jak już pisałam Wam w ulubieńcach lata - to działa! Krem sprawdził się u mnie doskonale - rano budziłam się z ładnie nawilżoną i lekko napiętą skórą, a do tego krem fantastycznie pacyfikował rumień, dzięki czemu rankami koloryt skóry twarzy był naprawdę widocznie wyrównany. Moja cera zdaje się lubić różane kosmetyki (z kilkoma niechlubnymi wyjątkami, jak np. mgiełka z witaminą E z The Body Shop).



***
Żeby osiągnąć jeszcze lepsze rezultaty, producent zaleca łączenie kremu z olejkiem z tej samej serii. U mnie krem samodzielnie spisywał się tak dobrze, że nie musiałam tego robić. Jednak i tak znalazło się dla olejku miejsce w mojej pielęgnacji. Nie wiem, czy wiecie, ale ja kocham olejki, i obok propozycji Evree również nie przeszłam obojętnie. Za 30 ml magicznej mikstury zapłaciłam w Rossmannie 29,99 zł.


Produkt zamknięto w szklanej buteleczce z pipetą. Jest ładnie i higienicznie; wszystko działa bez zarzutu. Olejek ma słomkowy kolor i różany zapach. Nie jest bardzo tłusty, ale oczywiście zostawia błyszczący film na skórze. Z tego względu raczej nie stosowałabym go pod makijaż.


Jak stosowałam olejek? Otóż często zdarza mi się zmywać makijaż na kilka godzin przed wieczornym dogłębnym myciem twarzy i nakładaniem nocnej pielęgnacji, i coś na tę kilka godzin muszę na twarz nakładać, żeby nie odczuwać dyskomfortu. Tym czymś najczęściej są olejki. Olejek różany Evree natłuszcza i delikatnie nawilża naskórek, ale nie zauważyłam, aby jakoś szczególnie koił rumień. Krem robi to o wiele lepiej. W wyznaczonej mu przeze mnie roli - utrzymywaniu poczucia komfortu naskórka do czasu nałożenia nocnej pielęgnacji - olejek sprawdził się więcej niż dobrze, bo nie podrażnił ani nie zapchał. Genialnie zdał też egzamin na dekolcie. Jakiś czas temu dostałam w tym miejscu okropnego wysypu niedoskonałości (od zbyt bogatego olejku) i odkąd co wieczór myję dekolt mydłem z glinką, a potem smaruję olejkiem Evree, wszystko zaczęło wracać do normy - skóra jest nawilżona, a przy tym niedoskonałości zaczęły zaleczać się i znikać, a nowych nie ma. Super!

Olejek jest baaardzo wydajny. Używam go prawie codziennie od przynajmniej 4 miesięcy. Wystarczy kilka kropel na daną część ciała.


Jeśli poszukujecie drogeryjnej, przystępnej cenowo pielęgnacji o niezgorszych składach, na pewno warto się przyjrzeć Evree. Ja jestem ze swoich dotychczasowych doświadczeń z marką zadowolona. I wiele z Was również - czytałam mnóstwo pozytywnych postów :)

poniedziałek, 26 września 2016

Astor, Soft Sensation Lipcolor Butter Matte, 023 Vivid Divine, 025 Cheeky Girl, 027 Elegant Nude

Astor to jedna z tych marek, których szafa niespecjalnie mnie przyciąga. Co za tym idzie, nie mam dużego doświadczenia z ich kosmetykami. Znam jedynie lakiery do paznokci (są OK), kredkową hybrydę szminki, pomadki ochronnej i błyszczyka, która jest w porządku, ale niczym się nie wyróżnia (klik) oraz lakier do ust o przepięknym kolorze, który niestety lubi migrować poza ich kontur (klik). Jak widać, nie pałam niepohamowanym entuzjazmem, zatem gdyby nie Justita, zapewne nawet nie wiedziałabym o istnieniu matowych pomadek w kredce Soft Sensation Lipcolor Butter Matte, a to by była szkoda, bo te szminki akurat bardzo polubiłam.

Z tego, co wiem, w Polsce dostępne są trzy z sześciu odcieni: fuksja Vivid Divine, koral Cheeky Girl i dość ciemny nudziak Elegant Nude. Wszystkie pokazała i opisała u siebie Justyna tutaj, tutaj i tutaj. Po jej wpisach dałam się skusić i kupiłam w Naturze koral Cheeky Girl (około 30 zł), a dwa pozostałe odcienie przysłała mi sama kusicielka.

Opakowanie jest dobrze przemyślane. Sztyft jest wykręcany, a kolor całej obudowy koresponduje z kolorem pomadki. Złote napisy wyglądają ładnie i póki co nie obłażą, a kredki mam już dość długo.

Szminki dają bardzo ładne wykończenie aksamitnego matu. Nie nawilżają ust, ale noszą się komfortowo i ich nie wysuszają. Oczywiście podkreślą wcześniej powstałe niedoskonałości, takie jak suche skórki. Pachną ładnie, waniliowo, podobnie jak pomadki MAC. Są świetnie napigmentowane (choć fuksja i koral są trochę lepiej napigmentowane niż nudziak).

Dwa intensywniejsze odcienie trochę różnią się właściowściami od nudziaka. Otóż w ich przypadku kolor lekko wgryza się w usta, są wiec trwalsze (u mnie poprawki potrzebne są po około 4 godzinach z piciem i nietłustym jedzeniem), a kiedy zaczynają się zjadać, kolor znika z naskórka nierównomiernie, czym nie odbiegają od wielu, wielu innych intensywnych szminek. Nudziak natomiast w wargi się nie wpija, a pozostaje na powierzchni ust, przez co jest mniej trwały (u mnie około 3 godziny) i zjada się dość równomiernie.


023 Vivid Divine

Vivid Divine to ładna, leciuteńko jagodowa fuksja.


025 Cheeky Girl

Cheeky girl to przepiękny koral i oczywiście moja faworytka.


027 Elegant Nude

Elegant nude to ciepły, leciuteńko ceglasty brąz z niewielką domieszką różowych tonów. 

Niczym mi te kredki nie podpadły. Ładnie pachną, ładnie się aplikują, są dość trwałe i komfortowe w noszeniu. Po fuksję i koral często z chęcią sięgam; na nudziaka muszę mieć nastrój. Czasem się sobie w nim podobam, ale bywa, że i nie.

niedziela, 25 września 2016

Wellness & Beauty, balsam do rąk z ekstraktami z kwiatów wiśni i kwiatów róży

Rzadko kupuję kremy do rąk nie zawierające mocznika. Jeśli zaglądacie tu od jakiegoś czasu, wiecie że pustynno suche dłonie to najbardziej problematyczna część mojego ciała. Nie wiem zatem, jak to się stalo, że w koszyku wylądował produkt Wellness & Beauty. Może przyciągnęło  mnie ciekawe opakowanie? A może skład napakowany różnymi ekstraktami i olejkami? A może promocja? Bo 10,99 zł na pewno za niego nie zapłaciłam...

Co do ciekawego opakowania, na żywo wygląda bardzo ładnie, niemal aptecznie, ale jest wyjątkowo niefotogeniczne. No i maciupeńka mikro-zakrętka doprowadza mnie do szewskiej pasji. Uwielbia wymykać się z rąk i toczyć pod meble, skąd nie da się jej tak łatwo wyjąć... Zwłaszcza posmarowanymi kremem dłońmi.






 Kosmetyk ma postać różowawej emulsji o bardzo delikatnym, różanym zapachu. W konsytencji jest dość lejący. Na jedną aplilację wystarczy niewieLe produktu - tak z połowę mniej, niż na zdjęciu obok. Wchłania się dość szybko, ale zostawia na dłoniach poczucie otulających, kremowych rękawiczek. Skóra nie jest jednak tłusta ani lepiąca; jest to przyjemne doznanie.


Krem znakomicie sprawdzał się na moich dłonach, kiedy były w dobrej kondycji. Wtedy nawilżał, zmiękczał i wygładzał skórę; dawał uczucie ukojenia. Kiedy jednak przyszedł okres pustynno-egzemowy, bez mocznika się nie obeszło, a krem W&B pomagał tylko doraźnie i na bardzo krótko (5 - 10 minut).


Same musicie wiedzieć, czy to kosmetyk wpisujący się w Wasze potrzeby. Mnie świetnie służył w okresach, kiedy skóra miała się dobrze, a wymagała jedynie delkatnej pomocy, np. po myciu rąk.


piątek, 23 września 2016

Taaj Paris, Himalaya, micellar water

Mój demakijaż jest dwuetapowy. Zwykle najpierw rozpuszczam mejkap za pomocą olejku/żelu myjącego, a potem "poprawiam" micelem. Przez około pięć  miesięcy (pojemność ogromnej butli to 500 ml) tym micelem był produkt Taaj Paris - marki, o której istnieniu nie miałam pojęcia do dnia, kiedy tę wodę micelarną przysłała mi Hexxana.


Szata graficzna jaka jest, każdy widzi. Na etykiecie znajdziemy wszystkie niezbędne informacje. Korek na zatrzask jest wygodny w stosowaniu, ale niestey dziurka dozująca jest dość duża i w pośpiechu często wylewało mi się zbyt dużo produktu, który ma oczywiście konsystencję wody. Jest też perfumowany, ale ja czuję tu alkohol, choć w składzie go nie ma. Dziwne.

Do działania nie mam zastrzeżeń. Micel radził sobie dobrze zarówno jako drugi, jak i pierwszy etap demakijażu. Bez problemu  można zrobić nim pełny demakijaż i przystąpić do oczyszczania skóry. Nie podrażniał mi oczu.

Jedynie skład nie zachęci purystów. Zawartość wody z Himalajów jest co prawda na plus, jak również ekstrakty z rumianku, rozmarynu i zielonej herbaty. Są one jednak umieszczone po substancji zapachowej, co oznacza, że nie ma ich w składzie zbyt wiele. Puryści nie będą też zachwyceni obecnością PEGu, glikolu propylenowego czy Disodium EDTA.

środa, 21 września 2016

Ulubieńcy tegorocznego lata | Alterra, Vis Plantis, Filorga, Pharmaceris, Evree, Lirene, Babydream, Rexona, Amilie, Catrice, Zoeva, Urban Decay, Golden Rose, Kobo, Ciate

Lato, lato i po lecie... Mam nadzieję, że jesienna szaruga i depresyjne miesiące zimowe (szczerze nie cierpię) miną mi równie szybko jak ukochane lato. A tymczasem pokażę Wam, po jakie kosmetyki sięgałam szczególnie chętnie przez ostanie trzy miesiące.


Pielęgnacja


Zdjęcie pochodzi stąd.

Maskę Alterry granat i aloes kupuję zamiennie z odżywką z tej serii. Często goszczą w mojej łazience. Uwielbiam oba kosmetyki, choć odżywkę trochę bardziej. Moje włosy są po nich lśniące, nawilżone i przyjemne w dotyku.













Micel marki Vis Plantis w wersji aloes plus pantenol sprawił na mnie świetne wrażenie (klik). Ujął mnie skutecznością, łagodnością i tym, jak szybko rozpuszczał makijaż. Świetny polski kosmetyk.




Kolejny ulubieniec był urodzinowym prezentem od Hexxany. Mowa o serum z witaminą C-recover marki Filorga, które stosowałam (i nadal stosuję) na dzień pod filtr. Co to serum robi z moją twarzą to jakaś magia. Skóra jest mocno rozświetlona - do tego stopnia, iż po jej stanie zupełnie nie widać mojego kilkumiesięcznego niedosypiania, jej koloryt jest wyraźnie wyrównany, naczynka uspokojone, a pory ściągnięte. Zauważyłam też poprawę faktury naskórka (twarz jest niezwykle gładka i przyjemna w dotyku) oraz wzrost jego gęstości i elastycznosci. Bajka.









A skoro o filtrach mowa, przez całe lato towarzyszył mi hydrolipidowy krem ochronny SPF 50+ naszej rodzimej marki Pharmaceris. Nie mam do niego większych zastrzeżeń. Ani razu nie doznałam poparzenia słonecznego (nawet po dłuższej ekspozycji na słońce), choć troszkę koloru złapałam, co nie jest niczym niepożądanym. Filtr mnie nie podrażnił ani nie zapchał. Bieli tylko w stopniu minimalnym i choć nie matuje, nie jest też ciężki i tłusty. Bardzo dobrze sprawdza się pod makijaż. 










Ulubieńcem w pielęgnacji nocnej był krem Evree magic rose. Moja cera świetnie na niego reagowała - budziłam się z dobrze nawilżoną, nieobciążoną skórą. Krem bardzo ładnie uspokajał ewentualny rumień i wyciszał grę naczynek. 













Totalnym zaskoczeniem okazała się dla mnie terapia antycellulitowa Lirene (klik). Kosmetyki tej marki zwykle się u mnie nie sprawdzają, a to duo - no proszę. Efekty w postaci widocznego napięcia i ujędrnienia skóry były. Weźcie pod uwagę, że kosmetyki dają efekty termiczne - jeden bardzo mrozi, drugi - mocno grzeje.

Przez większość lata towarzyszyła mi również oliwka Babydream fur mama. Jest rewelacyjna - delikatnie, natłuszcza, nawilża i uelastycznia naskórek. 


Zdjęcie pochodzi stąd.

Dzięki postowi na blogu Basi skusiłam się na nieznany sobie wcześniej antyperspirant Rexony maximum protection. Byłam z niego ogromnie zadowolona. Wprawdzie w upały zdarzało mi się spocić, ale nie skutkowało to nieprzyjemnym zapachem. Wręcz przeciwnie - u mnie antyperpirant ten przez cały dzień stopniowo uwalnia bardzo przyjemny zapach. 










Kolorówka

Zdjęcie pochodzi stąd.

Jak wspominałam w poście o pierwszych wrażeniach ze stosowania minerałów Amilie w wersjach kryjącej i matującej (klik), latem bardzo chętnie sięgam po proszki. Moja przygoda z podkładami Amilie była na razie krótka, zapoznawcza, ale proszki spisały się na medal i spodobały mi się dużo bardziej niż podkłady Lily Lolo, Pixie czy Earthnicity.



Trafiłam też na świetny, wydajny korektor - Catrice Liquid Camouflage (klik). Służył mi przez około pół roku; nadawał się zarówno pod oczy jak i na wypryski. Był odpowiednio jasny, odpowiednio kryjący i nie wysuszał. Przez jakiś czas chodziły słuchy, że miał zostać wycofany, ale na szczęście okazało się to nieprawdą.




Jeśli o makijaż oczu chodzi, z palet najczęściej sięgałam po Zoevę Rose Golden (klik), którą intensywnie testowałam, oraz po... Naked 3 od Urban Decay (klik). Tak, wiem, że wielokrotnie na tę ostatnią narzekałam, że cienie nie są warte swojej ceny, bo pomimo dobrej  pigmentacji zlewają się na powiecę w jedną plamę, ale oddam im to, że stanowią dobre tło dla intensywnego makijażu ust.


Na rzęsach królowała moja nowa miłość - Lash Sensational od Maybelline. Ten tusz jakimś cudem potrafi pięknie zagęścić moje rzęsy. Oprócz dodawania im objętości sprawia, że wyglądają na dłuższe i są uniesione. Pokochałam od pierwszego  użycia.














Jak już wspominałam wyżej, latem najczęściej stawiałam na intensywny kolor na ustach. Królowało wykończenie matowe.

Kobo 409 Rare Red (klik).
 Astor Soft Sensation Lipcolor Butter Matte, 025 Cheeky Girl.
 Astor Soft Sensation Lipcolor Butter Matte, 023 Vivid Divine (od Justyny).
Golden Rose Matte Lipstick Crayon 17 (klik).










Najczęściej używanym przeze mnie różem było cudo z paleki Pupa Rose (klik), którą wygrałam kiedyś u Agaty. To jeden z moich najulubieńszych różów, bo dobrze na mnie wygląda, ma przyzwoitą trwałość, a jego piękny, zgaszony kolor pasuje dosłownie do każdego makiajżu. Jest tak przeze mnie maltretowany, że zrobiło się w nim już spore denko.



Do grona ulubieńców załapał się też mój najnowszy lakier Ciate The Glossip (klik). Wprawdzie kupiłam go na początku września, ale od razu zachwycił mnie odcieniem i pięciodniową trwałością, co na moich miękkich paznokciach stanowi wynik rewelacyjny.




Znacie któregoś z moich letnich ulubieńców?

wtorek, 20 września 2016

Ciate, The Glossip

Lakier był dodatkiem do numeru brytyjskiej Marie Claire. Do wyboru były cztery odcienie: czerwień (którą już mam z innej gazety z zeszłego roku), pastelowy róż, szary brąz i "mój" koral, któremu się nie oparłam. I się z tego niesamowicie cieszę.
Pojemność: 13,5 ml
Kolor: pomarańczowy koral
Wykończenie: pół-żelkowe, pół-kremowe
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: szeroki, ścięty na półokrągło
Krycie: do pełnego krycia musiałam nałożyć na paznokcie trzy cienkie warstwy
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: na moich miękkich i problematycznych paznokciach zaczął ścierać się z końcówek i odpryskiwać DOPIERO piątego dnia po aplikacji - zachwyt <3



This Ciate nail polish was added to an issue of Marie Claire (UK).
Volume: 13,5 ml
Colour: orange-y coral
Finish: half jelly, half cream
Consistency: just right
Brush: broad, comfortable
Coverage: a 3-coater
Drying time: not tested (I used a fast drying top coat)
Removing: no problems
Durability: 5 days on my soft, weak nails

sobota, 17 września 2016

Amilie mineral cosmetics, pierwsze wrażenia dotyczące podkładów w wersji kryjącej i matującej

Bardzo lubię podkłady mineralne w cieplejsze miesiące roku. Lubię też testować nieznane sobie produkty. Problem jednak w tym, że z minerałami czasem nie da się od razu wstrzelić w swój kolor, a wydawanie kilku dyszek na pełnowymiarowe opakowanie łączy się z ryzykiem, że odcień nie będzie trafiony, a my będziemy musiały kombinować. Dlatego bardzo doceniam, że marka Amilie prowadzi sprzedaż odsypek (za jedyne 2,90 zł, a ilość wystarcza na około 10 aplikacji), dzięki którym możemy przetestować na własnej skórze nie tylko różne odcienie (których marka ma naprawdę spory wybór), ale i formuły. Mała ściąga ze strony producenta:



Ze względu na fakt, iż mam cerę tłustą, która z upływem lat wcale nie chce produkować mnej sebum, wykończenie rozświetlające mnie nie interesowało. Kupiłam zatem dwa odcienie z formuły kryjącej (vanilla i olive fair) oraz dwa z formuły matującej (latte i ivory). Wszystkie podkłady aplikowałam pędzlem kabuki marki Lily Lolo. Wraz z próbkami otrzymałam bardzo klarowną "instrukcję obsługi" minerałów, ale i bez niej wiedziałam, co robić, bo nie jestem w tej dziedzinie nowicjuszką.

Odcieni podkładów do wyboru jest mnóstwo: 28 w formule kryjącej, 13 w formule matującej oraz 13 w formule rozświetlającej. Śmiem twierdzić, że każdy znajdzie coś dla siebie. Tym bardziej, że możemy wybierać spośród aż sześciu gam kolorystycznych:

Honey - odcienie ciepłe z brzoskwiniowymi/żółtymi tonami
Beige - odcienie chłodne z beżowymi/brązowymi tonami
Golden - odcienie ciepłe ze złotymi/żółtymi tonami
Olive - odcienie neutralne z oliwkowymi/zielonymi tonami
Natural - odcienie neutralne
Cool - odcienie chłodne z różowymi tonami

Na zdjęciach poniżej widzicie słocze czterech wybranych przeze mnie odcieni. Wydaje mi się, że udało mi się też uchwycić różnicę w wykończeniu. Widać, że dwa pierwsze kolory (formuła kryjąca) mają wykończenie satynowe i są jakby bardziej kremowe w konsystencji, a dwa kolejne (formuła matująca) są zdecydowanie suchsze, bardziej matowe.

od lewej: vanilla (coverage), olive fair (coverage), latte (matt), ivory (matt)


Moim zdaniem krycie można budować za pomocą obu formuł - od lekkiego po średnie poprzez dokładanie cienkich warstw (choć faktycznie formuła kryjąca kryje troszkę lepiej niż mat). Pełnego krycia nie starałam się uzyskać, bo wykończenie na twarzy robiło się coraz bardziej pudrowe, a chciałam uniknąć efektu ciasta. U mnie dwie-trzy cienkie warstwy podkładu to była ilość optymalna. Koloryt skóry był ujednolicony i choć niedoskonałości przebijały (co z powodzeniem można przykryć korektorem), całość wyglądała naturalnie.

Co do wykończenia, na mojej twarzy podobały mi się oba. Formuła matująca dawała efekt bardzo naturalnego, rozświetlonego matu, a kryjąca - ładnej satyny. Co do trzymania sebum w ryzach, w obu przypadkach zaczynałam się wyświecać i czułam potrzebę sięgnięcia po bibułki matujące po około pięciu godzinach po aplikacji. Po małych poprawkach cera wyglądała ładnie przez kolejne kilka godzin. W ostatecznym rozrachunku moja skóra po całym dniu z Amilie wyglądała lepiej i bardziej świeżo (na ile to możliwe) niż z większością podkładów drogeryjnych.

Przejdźmy do słoczy poszczególnych odcieni na twarzy. Zdjęcie środkowe bez makijażu, zdjęcie po lewej - z dwoma cienkimi warstwami podkładu.

Vanilla:

Vanilla to chłodnawy, bardzo jasny beż. Jak widać po kontraście z moją żółtawą szyją ten odcień jest dla mnie nieco za jasny i za chłodny (zbyt różowy).


Olive fair:

Olive fair ma w sobie bardzo dużo zielonkawych tonów. Byłam ciekawa tego odcienia ze względu na naczynka. Jak widać, nałożony na całą twarz dawał na mnie efekt topielicy, bo nie jestem oliwkowa, ale jedna cienka warstwa pod inny podkład, na same policzki i nos, naprawdę ładnie neutralizowała rumień i naczynka. Byłam bardzo zadowolona.


Latte:

Latte to najbrdziej neutralny, jasny kolor z wybranych przeze mnie. Myślałam, że to właśnie on będzie idealny, a o dziwo okazał się dla mnie troszkę za jasny i za mało żółty. Jednak nie jestem neutralna (a tak sądziłam, bo pasują mi zarówno jasne jak i chłodne cienie, róże i pomadki). Dzięki minerałom Amilie odkryłam, że mimo różowej skóry twarzy (cera płytkounaczyniona), tak naprawdę powinnam celować w ciepłe, żółte podkłady, bo taki mam odcień skóry na ciele. Człowiek się uczy przez całe życie...


Ivory:

Spośród czterech odcieni, które sobie wybrałam, Ivory - o jasnym, ciepłym kolorze z żółtymi tonami - okazał się najlepiej dobrany do mnie (choć kusi mnie jeszcze wypróbowanie najjaśniejszego odcienia z gamy golden; ivory jest z gamy miodowej).


Z obiema formułami pracowało mi się znakomicie. Proszki ładnie, bez smug i plam, aplikowały się na twarz pokrytą filtrem (Pharmaceris SPF 30 lub SPF 50), bez problemu rozcierały i stapiały się ze skórą. Ich wodoodporności nie testowałam, ale z demakijażem nie miałam najmniejszych problemów.

Jestem z tej przygody ogromnie zadowolona. Na razie podkładowa szuflada pęka u mnie w szwach, ale będę o Amilie pamiętać na przyszłość i nie wykluczam zakupu. Podkłady Amilie sprawdziły się u mnie nieco lepiej niż podkład Lily Lolo (który się na mnie szybciej wyświeca), Earthnicity (gdzie nie znalazłam idealnego dla siebie odcienia) i Pixie (gdzie nie znalazam idealnego dla siebie wykończenia), a przy tym są przyjemniejsze dla portfela od konkurencji.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...