wtorek, 21 listopada 2017

Sylveco, hibiskusowy tonik do twarzy

Oto on - kolejny hit blogosfery. Zasłużenie?


Producent zapakował swój wyrób do buteleczki z ciemnego plastiku z estetyczną etykietą. Kosmetyk ma postać mocno rozwodnionego żelu, brązowawy kolor i mocno wyczuwalny zapach, który mi kojarzy się z hibiskusowo-owocową herbatką. Najlepiej aplikować go palcami; waciki za bardzo go chłoną i nie oddają całej dobroci skórze. Dodatkowo dzięki temu sposobowi aplikacji nabierałam na dłonie małe porcje, dzięki czemu tonik wystarczył mi na prawie cztery miesiące stosowania dwa razy dziennie.


W składzie tego polskiego wyrobu znajdziemy przede wszystkim kilka nawilżająco-łagodzących substancji. I właśnie takie działanie wykazuje w moim przypadku kosemtyk, czyli delikatnie nawilża i łagodzi niewielkie podrażnienia. Nie na tyle, żeby zastąpić dalszą pielęgnację, ale zauważalnie. I za to bardzo go polubiłam. Nie wiem, jak Wy, ale zanim zetknęłam się z tym (niedostępnym w tamtym wydaniu) polskim tonikiem łagodzącym, a także tonikami Sylveco i Biochemia Urody, zawsze miałam wrażenie, że tego typu produkty nic nie robią. O toniku Sylveco na pewno nie można tego powiedzieć. Zdecydowanie warto dać mu szansę.

Znacie go, prawda? Jak wrażenia?

sobota, 18 listopada 2017

LIQPHARM, LIQ CE, Serum night

Opisywane dziś serum godnej uwagi, polskiej marki LIQPHARM miałam okazję poznać dzięki Hexxanie. Po bardzo pozytywynych doświadczeniach z LIQ CC serum light (klik) nie spodziewałam się zawodu. Zawodu nie ma; jest za to ogromne zadowolenie.

Serum z witaminami C i E jest bardzo dobrym, wartym poznania kosmetykiem. Fakt iż jest rodzimej produkcji napawa mnie dumą.


Producent zapakował serum w przyjemny dla oka, turkusowy kartonik zawierający potrzebne na temat kosmetyku informacje. Mazidło mieszka w nieprzepuszczającej światła butelce ze sprawnie działającą pipetą. Należy zużyć je w przeciągu trzech miesięcy od otwarcia. Mnie 30 ml specyfiku wystarczyło na około 2 miesiące cowieczornego stosowania na twarz i szyję.

Produkt ma postać białego, mocno rozwodnionego mleczka. Nie pachnie i dość szybko się wchłania, zostawiając na twarzy bardzo delikatny film.


Obietnice producenta są konkretne, oszczędne i niewydumane. I dzięki temu konsument unika rozczarowań, gdyż kosmetyk robi dokładnie to, co mu przypisano. Naprawdę optymalnie nawilża - tak dobrze, że nie musiałam wspierać się dodatkowo kremem nawilżającym; samo serum wystarczało bym budziła się z dobrze nawilżoną skórą. Przez te dwa miesiące naskórek rzeczywiście zrobił się elastyczniejszy, poprawiła się faktura skóry, była ona zdrowo rozświetlona. Kosmetyk wykazał się również działaniem łagodzącym - pięknie uspokajał rumień i grę naczyń, ładnie wyrównując koloryt cery. Produkt mnie nie podrażniał ani nie zapychał. Nie mogę o nim złego słowa powiedzieć, gdyż naprawdę nie widzę żadnych minusów.

środa, 15 listopada 2017

Colour Alike, typografia, J

W paczce urodzinowej od Hexxany znalazłam m.in.  jedenaście lakierów, w tym cudnego gagatka z Colour Alike, którego uroku moje zdjęcia niestety nie oddają :( Na żywo prezentuje się przepięknie! Zdaje się, że ta kolekcja CA nie jest już dostępna w sprzedaży niestety...

Pojemność: 8 ml
Kolor: urokliwy chaber  z turkusowym shimmerem (na żywo widać go dużo lepiej niż na zdjęciach)
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek: klasyczny, w moim odczuciu wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose, quick dry top coat)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: za każdym razem, kiedy użyłam lakieru, odpryskiwał na drugi dzień po aplikacji


piątek, 10 listopada 2017

Podsumowanie zużyć października. Zakupy pażdziernika.

Hej, hej. Przerwa w moim pisaniu nie była zaplanowana ani mile widziana. Wynikła z natłoku obowiązków zawodowych i związanego z tym stresu. Mam wrażenie, że w październiku i na początku listopada wszystko, co mogło w pracy pójść nie tak, poszło nie tak. Ot, żebym nigdy nie zapomniała, że życie (zwłaszcza to dorosłe) łatwe nie jest i mogła docenić chwile spokoju, kiedy się trafią...

Ale dobra, skończmy z narzekaniem, a przejdźmy do zużyć i wyrzutka października.

Twarz


Z kategorii okołokolorówkowej wykończyłam ukochane bibułki matujące Theatric (klik), okropny, tworzący na twarzy suchą maskę puder L'Oreal Infallible (klik) oraz fajną, ale już niedostępna pomadkę Maybelline Color Whisper w odcieniu 130 Pink Possibilities (klik). Do kosza trafiła natomiast płynna pomadka Bourjois Rouge Edition Velvet w odcieniu 07 Nude-ist (klik), która bardzo odpowiadała mi kolorystycznie, ale jakością (jak cała seria) mojego serca nie podbiła. Musiałam ją wyrzucić, bo rozwarstwiła się w opakowaniu i zaczęła potwornie, rozpuszczalnikopodobnie śmierdzieć.

Z kosmetyków pielęgnacyjnych wykończyłam czarne mydło Dudu-Osun z Rossmanna, które służyło mi do cowieczornego mycia twarzy po demakijażu. Mydło zaskoczyło mnie delikatnym, przyjemnym zapachem i faktem, że nie przesuszało mi twarzy. Kilka razy umyłam nim ciało i tu już po kąpieli skóra była ściągnięta i wołała o balsam, ale na twarzy mydło sprawdzało się genialnie. Zdarzyło mi się też umyć nim włosy - mydło nie dało mi powodu do narzekań. W czarnej butelce bez etykietki był mój ukochany olejek myjący z Biochemii Urody (klik). Nawet nie wiem, które to już opakowanie; uwielbiam i często wracam. Z lipowego płynu micelarnego Sylveco byłam bardzo zadowolona (klik). Jedyne, co mi w nim nie pasowało, to dziwny zapach. Poza tym widzę same zalety tego produktu – świetne działanie, łagodność, naturalny skład, polska produkcja.


Dłonie

Wraz z sezonem grzejnkowym na dłoniach zawitała maskara – skóra sucha, szorstka jak papier ścierny, ściągnięta, pękająca; pojawiła się też egzema. No cóż, pracownica się rozchorowała i sprzątanie uskuteczniałam sama. W ruch poszły kosemtyki cięższego kalibru, zawierające mocznik: 


Wszystkie trzy kremy, zwłaszcza Isana, przynosiły mi ogromną ulgę.


Ciało


Złuszczającą maskę do stóp She Foot (klik) uwielbiam i zawsze wszystkim polecam. Jest bardzo skuteczna. Łagodny żel do higieny intymnej Sylveco (klik) był super, gdyż nie wywołał u mnie podrażnienia, a wręcz łagodził swędzenie, kiedy dokuczały mi hemoroidy. Serum na końcówki Biovax z serii bambus & awokado (klik) sprawdziło się dobrze. Nie zawierało alkoholu, miało ładny zapach i zabezpieczało końce przed uszkodzeniami mechanicznymi, czyli wywiązywało się zeswojego zadania. Dezodorant Avon dostałam w prezencie i zużyłam do ochrony nocnej, a antyperspirant Sure (czyli Rexona) towarzyszył mi na co dzień. Okazał się całkiem skuteczny.


Zużyciowo to by było na tyle. A w kwestii zakupów byłam bardzo grzeczna i nabyłam jedynie to, co było mi potrzebne:


Do napisania!

wtorek, 31 października 2017

AA, Oil Infusion 30+, krem pod oczy & Lanocreme, Extra Firming Eye Gel with manuka honey

Dwa produkty, które Wam dziś opiszę, towarzyszły mi w podocznej pielęgnacji codziennie przez około 5 miesięcy. Krem AA kupiłam sama po przeczytaniu kilku rekomendacji, a żel Lanocreme podarowała mi Hexxana. Osobno żaden z kosmetyków się u mnie nie sprawdzał; razem było trochę lepiej, ale bez rewelacji.


Propozycja Lanocreme ma postać mętnego żelu o intensywnym miodowym zapachu. Opakowanie z pompką jest stylowe, wygodne i higieniczne. Producent chwali się zawartością ekstraktu z owocu kiwi, kolagenu, oleju arganowego, miodu manuka i aloesu, co ma stanowić niezwykle odżywczą, łagodzącą i ujędrniającą mieszankę. Niestety u siebie żadnego z tych pożądanych efektów nie dostrzegłam. Wręcz nie mogłam stosować kosmetyku solo, bo na noc był zdecydowanie za mało odżywczy, a na dzień za mało nawilżający i już po kilku godzinach czułam jak cienka i delikatna skóra pod oczami odwadnia się, wysycha i ściąga. 


Krem AA zapakowano w typową tubkę z dziubkiem. Ma postać białej, gęstawej emulsji i jest bezzapachowy. Dałam mu szansę ze względu na ciekawe składniki aktywne, m. in. masło shea, olej marula, pantenol, olej arganowy, alantoinę, olej z ostropestu plamistego, olej z ogórecznika, czy skwalan.


Chciałam, bardzo chciałam zobaczyć u siebie obiecaną metamorfozę; skórę "głądką, nawilżoną i pełną blasku". Nic z tego. Krem okazał się w moim przypadku zwykłym, podstawowym nawilżaczem. Nadawał się pod makijaż, a na noc łączyłam go z opisanym wyżej żelem. Dzięki temu zabiegowi skóra mi się w nocy nie odwadniała, ale na żadne zachwycające rezulaty nie mogłam liczyć. 

Niestety nie zawsze ciekawe składy przekładają się na rzeczywiste działanie :/ No i każda skóra jest inna i inaczej reaguje na dany kosmetyk...

piątek, 27 października 2017

Orly, 40105 Stone Cold

Tego ślicznota dostałam od Asi :*

Pojemność: 18 ml
Kolor: atramentowy niebieski
Wykończenie: glass-flecked
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek:klasyczny, wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose, quick dry top coat)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: już drugiego dnia pokazały się mocno starte końce (co widać na zdjęciach), a trzeciego mani kwalifikował się do zmycia



This nail varnish was a gift from a friend.

Volume: 18 ml
Colour: ink blue
Finish: glass-flecked
Consistency: just right
Brush: classic, comfortable to work with
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Golden Rose quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 2-3 days on my soft, weak nails

wtorek, 24 października 2017

Farmona, Nivelazione, ratunek dla dłoni, intensywnie regenerujący krem do rąk SOS

Krem do dłoni Farmony wypatrzyłam na półce w drogerii Hebe. Ponieważ skóra dłoni to najsuchsze i najbardziej problematyczne miejsce na moim ciele, ponieważ krem przeznaczono dla ekstremalnie zniszczonych dłoni, ponieważ zawiera w sobie mocznik i kosztuje mniej niż 10 zł, dlugo się nie zastanawiałam. I zakupu absolutnie nie żałuję!


Kosmetyk zapakowano w funkcjonalną tubkę z klapką. Ma przyjemny, kosmetyczny zapach i dość  niespotykaną w drogerii postać musu. Produkt jest po rozsmarowaniu bardzo treściwy, otula dłonie ochronnym filtrem i potrzebuje dobrych kilku minut na wchłonięcie. Co takim sucharom jak ja absolutnie nie przeszkadza.

Ratunek dla dłoni przynosił mi natychmiastową ulgę na dłuższy czas. Sprawiał, że skóra nie była nieprzyjemnie ściągnięta, eliminował szorstkość, nawilżał, natłuszczał słowem - działał nawet mimo raczej mało wyszukanego składu. Farmona tym razem zasłużyła sobie na pochwałę na łamach niniejszego bloga. 

Nie wykluczam powrotów. Znacie? Lubicie?

piątek, 20 października 2017

TAG: jak to się zaczęło?

Agata, fantastyczna dziewczyna o niezwykle lekkim piórze i genialnym poczuciu humoru, wymyśliła niedawno bardzo ciekawego TAGa. Mam ogromną ochotę na niego odpowiedzieć, więc here goes :)


1. Kiedy rozpoczęłaś/rozpocząłeś swoją przygodę z blogowaniem?


Niemal siedem lat temu, w grudniu 2010 roku. Jak ten czas szybko leci!


2. Który blog z Twojej kategorii tematycznej odnalazłaś/-eś w sieci jako pierwszy?

Na 100% nie pamiętam, ale najprawdopodobniej był to blog 1001 Pasji autorstwa Asi. Na pewno najpierw odkryłam wizaż.pl, potem urodowy youtube (MizzVintage i Iwetto, uwielbiałam oba kanały), a dopiero potem blogi - wspomnianej Hexxany, a także już nieistniejące/nieaktualizowane Co sroce w oko wpadnie (autorka prowadzi teraz innego bloga) i Urban State of Mind.



3. Skąd pomysł, żeby zacząć tworzyć coś swojego?

Jeszcze w trakcie studiów, w 2007 roku, poznałam na wakacjach w UK swojego partnera, faceta z Karaibów. Po ukończeniu rzeczonych studiów w czerwcu 2010 roku, wyemigrowałam do UK, aby do niego dołączyć. Przez pierwsze 6 lat naszego związu, zanim urodziłam córę, na co dzień w domu panował angielski. Poza tym nie miałam z kim pogadać na tematy kosmetyczne, które mnie mocno interesowały. W tamtym czasie blog był najlepszym rozwiązaniem tych "problemów" - dawał mi codzienny kontakt  z rodzimym językiem i pozwolił nawiązać znajomości z osobami podzielającymi moje zainteresowania. Do dziś właśnie te aspekty są dla  mnie w blogowaniu najważniejsze. Te 7 lat temu blogowanie to było głównie zajęcie hobbistyczne. Teraz urosło do rangi zawodu; wiele osób na tym zarabia, tworzy profesjonalne urodowe magazyny online z pięknymi zdjęciami. Ja natomiast dalej piszę wyłącznie hobbistycznie, spisując swojego rodzaju kosmetyczny pamiętnik i wymieniając się doświadczeniami z koleżankami. Dlatego mój blog odstaje pod względem zdjęć (mają możliwie wiernie prezentować dany produkt, i tyle), layoutu, pozycjonowania i innych tego typu rzeczy. Te aspekty mnie nie interesują; interesuje mnie komunikacja z osobami o podobnych pasjach i wymiana doświadczeń.


4. A skąd taki temat?


Kolorówką i pielęgnacją zaczęłam interesować się późno, po dwudziestce. Ale jak już to zainteresowanie przyszło, to szczelnie oplotło swoimi mackami i póki co, 10 lat później, nadal nie puściło.


5. Jak Twoi bliscy zareagowali na wieść o tym, że „od teraz jestę blogerę”?

Rodzice uważają, że to fanaberia, a dla części znajomych to zajęcie trochę niepoważne, marnowanie czasu. Są jednak i osoby, które mi kibicują, zaglądają, czytają, czasem pytają o rekomendacje, co jest miłe... Bloga się nie wstydzę, ale też sama raczej nie poruszam tego tematu - trzeba się mnie o niego zapytać.
 

6. Pierwszy znajomy bloger poznany w realnym świecie to?


Były to Stri, Kasia, Bogusia, Basia i Justyna. Słomki nie liczę, bo znamy się od lat (od pierwszego roku studiów), jeszcze zanim którakolwiek z nas pomyślała o założeniu bloga urodowego.
 

7. Co na początku najgorzej Ci szło?

Yyy... zdjęcia? Nadal nie są moją mocną stroną i raczej nigdy nie będą. Powody już wyłuszczyłam.




8. Który z pierwszych tekstów był dla Ciebie ważny i dlaczego?

Chyba ten zupełnie pierwszy, bo w końcu w tamtym momencie odważyłam się ruszyć z blogiem. No i dotyczył jednej z najlepszych decyzji w moim życiu: laserowej korekty wzroku. Od siedmiu lat nie muszę nosić okularów (po niemal dwudziestu latach uwiązania do nich) i BARDZO mi z tym dobrze. Oby tak zostało jak najdłużej :)

Ktoś jeszcze chętny na opowiedzenie o swoich początkach? W imieniu Agaty i swoim serdecznie zapraszam. Chętnie poczytam!

środa, 18 października 2017

Sylveco, lipowy płyn micelarny

Na lipowy płyn micelarny skusiłam się ze względu na ogrom pozytywnych opinii. Kupiłam kosmetyk w Naturze. I wiecie co? Dołączam się do grona zachwyconych konsumentów :)


Produkt zapakowano do brązowej, plastikowej butelki z estetyczną etykietką i wygodną klapką. Otwór dozujący nie jest ani za duży, ani za mały, dzięki czemu nie marnujemy cennej zawartości. Sam kosmetyk ma lekko żółtawe zabarwienie i bardzo dziwnie pachnie lipą z jakąś drażniącą nutą. Zapach to w moich oczach jedyny minus płynu.


Do działania nie mam zarzutów. Micel skutecznie usuwa niewodoodporną kolorówkę, a przy tym nie podrażnia oczu ani skóry, nie wysusza i ma bardzo ładny skład. Naprawdę dobra propozycja naszej rodzimej marki.

A w skrócie:
  • wygodne i estetyczne opakowanie
  • produkt polski
  • ładny, naturalny skład
  • działa skutecznie, ale łagodnie
  • nie podrażnia, nie wysusza.
Wiem, że na temat kosmetyku wypowiedziało się wieeeele osób, no ale sama też musiałam go pochwalić. Bo po prostu na to zasługuje.

niedziela, 15 października 2017

Flormar, Supershine Miracle Colors, U29

Lakier dostałam od Asi :*

Pojemność: 10 ml
Kolor: różowawa czerwień z różowymi drobinkami
Wykończenie: drobinkowe
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose, quick dry top coat)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: z moich miękkich paznokci zaczął odpryskiwać po dwóch dniach



This nail varnish was a gift from a friend.

Volume: 10 ml
Colour: pinkish red with pink shimmer
Finish: shimmer
Consistency: just right
Brush: classic, comfortable to work with
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Golden Rose quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 2 days on my soft, weak nails

czwartek, 12 października 2017

Ulubieńcy minionego lata | Bielenda, Skin & Tonic, Sylveco, Tarte, Inglot, Maybelline, Theatric Professional

Tegoroczne lato było w Blackpool chłodne i deszczowe. Ciepłe, słoneczne dni pojawiały się co jakiś czas, na chwilę, jakby przypadkiem. Nie naładowałam swoich wewnętrznych słonecznych baterii. Nie było szans. Do tego dodajmy pracę na pełnych obrotach, dziecko, mało snu (który jeszcze dodatkowo ucinałam na rzecz treningów kilka razy w tygodniu), brak czasu dla siebie i już wiadomo, dlaczego moja pielęgnacja nie była specjalnie wyszukana, a makijaż robiłam na szybko i naprawdę rzadko kiedy sięgałam po nowości, a do testów nie miałam specjalnie głowy. Niemniej garstkę letnich ulubieńców wytypowałam.

Pielęgnacja

Bielenda, micele Kolagenowe Odmłodzenie oraz Esencja Młodości (klik)


Micele Bielendy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły, bo jak na kosmetyki dostępne w drogerii mają w składach sporo substancji aktywnych uznawanych za nawilżające i odmładzające. Oczywiście z zadania usuwania makijażu wywiązują się wzorcowo, a przy tym nie wysuszają mi skóry i nie powodują dyskomfortu. Sama szczególnie polubiłam nieobecną na zdjęciu Kojącą Wodę Różaną. Szczerze polecam i będę wracać.


Skin & Tonic London, Steam Clean oraz Brit Beauty Oil (klik)


Steam Clean było moim pierwszym masełkiem do demakijażu. I mimo iż osobiście wolę olejki hydrofilne  (najzwyczajniej w świecie kwestia preferencji), to ten kosmetyk naprawdę warto było wypróbować. Świetny skład, skuteczne usuwanie makijażu twarzy i dogadywanie się z moimi naczynkami sprawiły, że produkt naprawdę zasługuje na wyróżnienie.



A Brit Beauty Oil pokochałam całym sercem. Co za petarda! Pięknie pachniał neroli, cudownie nawilżał i uelastyczniał skórę, delikatnie obkurczał pory i wyrównywał koloryt cery. Do pielęgnacji nocnej jak znalazł. Sięgałam po niego z ogromną przyjemnością. Asiu :*


Sylveco, łagodny żel do higieny intymnej (klik)


Jak już wspominałam, większość żeli do higieny intymnej mnie podrażnia. Nie Sylveco, co uczyniło z niego moje wielkie odkrycie. Poza tym, że rzeczywiście jest łagodny, wykazuje działanie łagodzące i kojące, np przy rozhukanych hemoroidach.


Kolorówka

Tarte, Showstopper Clay Palette (klik)


Ta paleta to ideał na pracowite lato, gdyż za jej pomocą można szybko załatwić nie tylko makijaż oczu, ale też twarzy. Przy tym kolorystyka, wykończenia, trwałość są jak marzenie. Bronzer i jeden cień trochę się osypują, ale da się nad tym zapanować. Cudo, cudo, cudo <3 Mimo niemal codziennego po nią sięgania nadal mi się nie nudzi, a to o czymś świadczy. Kasiu :*


Inglot AMC 84 & 85 (klik)


Kiedy jednak już znalazł się czas i ochota na odpicowanie oka, sięgałam po jeden z dwóch cudnych pigmentów Inglota. Natychmiastowy efekt murowany!


Maybelline, Color Whisper by Color Sensational, 120 Petal Rebel & 130 Pink Possibilities (klik)



Seria Color Whisper jest już niedostępna, więc trochę biłam się z myślami, czy Wam ją tu przypominać. Niemniej te dwie pomadki rzeczywiście towarzyszyły mi przez całe lato, kiedy nie miałam glowy do kontrolowania makijażu ust, co przy moich ukochanych czerwieniach i fuksjach jest koniecznością. Whisperki były niezobowiązujące i kontroli nie wymagały, a przy tym nosiły się bardzo komfortowo, więc to one królowały. No i też chcę je zużyć zanim się zepsują....


Theatric Professional, bibułki matujące super absorbujące (klik)


Bibułki matujące to przy tustej cerze latem konieczność. Te z Theatric są moim ogromnym odkryciem. Duże, chłonne, mocne, nienaruszające makijażu, w dobrej cenie. Ideał.

A lakieru do paznokci tym razem nie będzie. Bywały dni i tygodnie, kiedy pazury były gołe, bo wolałam poćwiczyć lub iść spać zamiast je malować....

Ponarzekałam na lato, ale póki co tegoroczna jesień pogodowo też nie rozpieszcza :/ Chandra to chyba będzie moje drugie imi; potrzebuję słońca! Trzymajcie się ciepło i pogodnie :)

poniedziałek, 9 października 2017

Sylveco, łagodny żel do higieny intymnej

Żel Sylveco kupiłam z ciekawości w Naturze. Jeśli chodzi o tę kategorię kosmetyków, muszę być ostrożna, bo niestety wiele z nich mnie podrażnia i wywołuje nieprzyjemne pieczenie/swędzenie. Nie mogę, na przykład, sięgać po żele Ziaji, Facelle, Intimelle i to, co mają do zaoferowania popularne drogerie brytyjskie. Zwykle robię sobie w Polsce zapasy fioletowego Lactacydu, czasem dorzucając Perfectę dla mam (Agato ;)). Postanowiłam jednak dać szansę Sylveco. I naprawdę nie żałuję.


Łagodność to rzeczywiście drugie imię tego produktu. Nie zawiera agresywnych detergentów (a więc również bardzo słabo sie pieni), ma niezwykle łagodny zapach, nie wysusza, nie podrażnia, a wręcz pomaga załagodzić podrażnienia. Mam tu na myśli głównie hemoroidy, które pojawiły się u mnie w ciąży i już nigdy nie odeszły (dziecko w listopadzie skończy 4 lata!). W okresach, kiedy szczególnie dają mi w kość, żel Sylveco nie dokłada podrażnień, a wręcz łagodzi swędzenie i pomaga zapobiec ewentualnym infekcjom. Z tego tytułu trafia na listę ulubieńców i niezbędników, których będę robić zapasy przy okazji wizyt w kraju.

Moje odkrycie!

sobota, 7 października 2017

Podsumowanie zużyć września. Zakupy września.

Wrzesień zleciał mi nie wiadomo kiedy. Mam w pracy szczyt sezonu i czas dosłownie przecieka mi przez palce. No ale zwolni, miejmy nadzieję, w listopadzie, więc nie narzekam. Niemniej we wrześniu nie miałam zbyt wiele czasu dla siebie, więc i pielęgnacja była minimalna, a co za tym idzie, zużyć nie jest zbyt wiele. Więcej niż zakupów, co zawsze cieszy próbujące się nawrócić kosmetykoholiczki ;)

Zużyte kosmetyki do twarzy, paznokci; perfumy:


Wesoły, letni, przyjemny i ulotny zapach Niny Ricci przedstawiałam tutaj. Była to pozytywna, ale jednorazowa przygoda, jeśli o mnie chodzi. Wysuszacz Golden Rose polecam - jest całkiem skuteczny. Nie działa aż tak szybko, jak Insta-Dri od Sally Hansen czy Good to Go z Essie, ale rzeczywiście w krótkim czasie utwardza lakiery kolorowe. O dwóch kosmetykach pod oczy, żelu Lanocreme i kremie AA opowiem jak tylko znajdę czas na napisanie notki. W końcu duet ten towarzyszył mi przez dobre kilka miesięcy, więc warto go jakoś podsumować. Zdradzę jedynie, że osobno kosmetyki te nie spełniały moich oczekiwań, ale stosowane razem prawie dały radę. O filtrze chemicznym Ducray naprodukowałam się tutaj. Jest to skuteczny i godny polecenia produkt, choć żałuję, że sięgnęłam po niego latem a nie zimą. Nie wiedziałam jednak, że jest tak odżywczy. Gentle scrub marki Skin & Tonic London (klik) zużyłam w charakterze maseczki z glinki. Delikatnie oczyszczała skórę i ściągała pory, więc byłam zadowolona.


Pielęgnacja ciała:


Z powyższej czwórki najbardziej zadowolona byłam z żelu pod prysznic Soap & Glory w wersji foamous. Pięknie pachniał, był bardzo wydajny i  nie wiem jakim cudem nie tylko mył, ale zostawiał skórę delikatnie, komfortowo nawilżoną. Po balsam do ciała sięgałam co kilka dni. A skoro już o balsamie mowa, zużyłam typowego nawilżającego przeciętniaka od Vis Plantis (klik). Nic specjalnego. Antyperspirant Aquaselin był OK, choć mnie nie oczarował. Chronił przez 8-10 godzin i był bezzapachowy. Nie dawał rady w kwestii walki z zapachem potu podczas treningów. Szampon Starej Mydlarni natomiast (klik) to był całkowity niewypał. Włosy po umyciu tym specyfikiem szybko zaczynały tracić świeżość, były oklapnięte i brakowało im jakiekolwiek lekkości czy objętości. Żadnego wpływu produktu na ich wzmocnienie nie odnotowałam. Właściwie żadna z obietnic producenta nie została spełniona.


A teraz pokażę Wam wrześniowe nowości. Na początku miesiąca byłam przez 5 dni w Polsce, gdzie skusiłam się na:


Potrzebowałam nowego BB, a Galifornię bardzo chciałam wypróbować, więc upolowałam miniaturkę. W UK w kolekcji mini nie ma Galiforni, a zamiast niej jest Dandelion. W Polsce wybrali fajniejszy róż. Ze względu na brak czasu testy jeszcze przede mną. Skarpetki złuszczające Exclusive Cosmetics bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Naskórek zaczął się złuszczać dosłownie po 3-4 dniach od zabiegu i proces ten był bardzo szybki, kilkudniowy. Jestem pod wrażeniem.

Tak, to już wszystko. Do napisania!

wtorek, 3 października 2017

Ducray, melascreen photoprotection light cream SPF 50+

Jako posiadaczka cery naczynkowej (a przy tym tłustej), na słońce reagującej mocnym rumieniem, stosuję ochronę przeciwsłoneczną przez znakomitą część roku. Mam swoich ulubieńców wśród filtrów do twarzy (matujący Vichy czy dry touch od LRP), ale nieznane sobie kosmetyki również chętnie testuję. Opisywany dziś krem dostałam w prezencie od Hexxany.


Krem Ducray zapakowano w funkcjonalną tubkę z pompką. Kiedy z opakowania nic już wypompować się nie dało, po przecięciu tubki okazało się, że w środku faktycznie zostało niewiele produktu.

Kosmetyk charakteryzuje bliżej nieokreślony, ale przyjemny zapach. Ma postać białej, odżywczej emulsji. Ponieważ jest to filtr chemiczny, nie bieli, ale zostawia na twarzy otulający, błyszczący się film.


Skuteczność oferowanej przez produkt ochrony słonecznej przetestowałam w letnie miesiące. I o ile w Blackpool słonecznych dni było w tym roku na lekarstwo, to kiedy słońce jednak zdecydowało się zaszczycić nas swoją obecnością, krem zadziałał jak miał. To znaczy nie opaliłam się w najmniejszym stopniu, dzięki czemu nie podrażniłam naczynek. Nie doszły też nowe przebarwienia. Za to plus. Drugi plus to taki, że sam kosmetyk nie irytował moich naczynek. Czasem filtry chemiczne wywołują u mnie rumień, ale nie w tym przypadku (uff). Krem nie był tłuściochem na miarę Avene, ale zostawiał na twarzy błyszczący się film, który szybko wybijał się spod makijażu. Myślę, że z tego względu służyłby mojej tłustej cerze lepiej w okresie grzejnikowym, kiedy odżwycze kremy są bardziej pożądane, no ale nie chciałam odkładać otwartej tubki na półkę na kilka miesięcy.

W mojej ocenie jest to bardzo dobry, skuteczny produkt, który jednak lepiej sprawdziłby sie na mojej tłustej cerze jesienią/zimą niż latem, o czym nie wiedziałam, kiedy zabierałam się za swoją tubkę.

Znacie?

środa, 27 września 2017

Vis Plantis, helix vital care, balsam antycellulitowy wyszczuplający (z filtratem ze śluzu ślimaka)

Opisywanego dziś balsamu nie kupiłam dlatego, że producent nazwał go "antycellulitowym". Nie, po obejrzeniu składu stwierdziłam, że ma potencjał bycia dobrym nawilżaczem do ciała. Nie ukrywam też, że zainteresował mnie ten filtrat ze ślimaka. Kosmetyk nabyłam w Naturze za kilkanaście złotych.


Balsam zapakowano w białą butelkę z pompką. Pomka działa mniej więcej do momentu, kiedy na dnie opakowania zostaje jakieś 1/5 produktu. Potem musiałam go z butelki wytrząsać.

Mazidło ma postać białej emulsji o delikatnym, przyjemnym, świeżym zapachu. Bardzo szybko się wchłania i nie zostawia tłustego filmu na skórze, mimo iż na drugim miejscu w składzie widnieje znenawidzona przez wielu parafina.

Opisując właściwości balsamu producent skupia się głównie na obietnicach dotyczących wyraźnej redukcji cellulitu (ponoć o 35% po czterotygodniowym stosowaniu, o ile nie zapominamy o porządnym masażu podczas aplikacji - sprytnie panie producencie!), redukcji tkanki tłuszczowej, modelowania sylwetki, rozjaśniania rozstępów i ujędrnienia skóry. A ciocia Kinga powiada, że wszystko to możecie od razu włożyć między bajki. Po pierwsze, jeszcze nikomu nie udało się stworzyć kosmetyku, który bez zdrowej, zbalansowanej diety i regularnej aktywności fizycznej, usunie cellulit i nagromadzony tłuszczyk. Bądźmy realistami! A po drugie, już po lekturze składu kosmetyku widać, że nic z tego nie będzie, bo nie ma w nim substancji aktywnych stoswanych w walce z wyżej wymienionymi problemami, jak taka kofeina, żeń szeń czy algi. Są tu natomiast substancje nawilżające, na przykład stare dobre masło shea, olej z nasion bawełny, filtrat ze śluzu ślimaka, wyciąg z owoców awokado czy pantenol. I kosmetyk to właśnie robi - nawilża skórę. Nie jakoś spektakularnie, nie na całą dobę, ale dla normalnej skóry po kąpieli jest jak znalazł. Sucholcom na pewno bym go nie poleciła, bo to nie ten kaliber.

No i cóż. Zamiast wierzyć w wydumane producenckie obietnice warto przede wszystkim sprawdzać składy, jak obrazuje to dzisiejszy przypadek. Sam kosmetyk skwitowałabym - ot, zwyklak. Ładnie pachnie, szybko się wchłania, trochę nawilża, i tyle. Żadnej rewelacji ani rewolucji tu nie znalazłam. I choć na stan skóry nie narzekam, to jednak po naturalnych olejkach na przykład jest bardziej miękka i gładka w dotyku, a także elastyczniejsza.... A skoro znam coś, co na moją skórę działa lepiej, po co miałabym do Vis Plantis wracać?

sobota, 23 września 2017

Nina Ricci, Nina EDT

Poznajcie Ninę:


nuta głowy: cytryna, limonka, Caipirinha
nuta serca: piwonia, zielone jabłko, pralinki
nuta bazy: drewno jabłoni, piżmo, biały cedr


Nina mieszka w uroczym flakoniku w kształcie jabłuszka z korkiem imitującym listki.

Tuż po spryskaniu skóry w nos uderzają świeże nuty cytrusowe. Dominują cytryna z limonką, nutka alkoholowa czai się gdzieś w tle. Po kilku minutach na pierwszy plan bezceremonialnie wpycha się jaśnie pani piwonia. Piwonia lubi grać pierwsze skrzypce i być w centrum uwagi. Lubi być adorowana, nie ma więc nic przeciwko wizycie wesołego pana jabłuszko. Tym bardziej, że przyniósł dla  niej małe, słodkie pralinki. Po pewnym czasie kwiatowa słodycz ustępuje miejsca posypanej cukrem świeżości, a następnie znowu się wysładza stopniowo słabnąc, by wkrótce całkowicie ulotnić się ze skóry.

Nina jest zapachem wesołym, lekkim, beztroskim i ulotnym (dosłownie, bo ulatnia się ze skóry w przeciągu czterech godzin). Jak lato i na lato. Nie poddusza, nie ciągnie się ogonem, trzyma się blisko skóry, nie dominuje. Nina będzie pasować młodym (duchem również), spontanicznym dziewczętom. Jest to raczej zapach na co dzień, nie na wieczór. Taka przyjemna acz niespecjalnie oryginalna czy nietuzinkowa kompozycja.

czwartek, 21 września 2017

Stara Mydlarnia, organic garden, wzmacniający szampon

Szampon Starej Mydlarni wpadł mi do koszyka w Naturze, kiedy poszukiwałam czegoś delikatnego do mycia osłabionych, wypadających włosów. Do takich właśnie kłaków jest ten produkt przeznaczony. Co z naszej znajomości wynikło?

Szampon ma postać bezbarwnego żelu o dziwnym, ni to lawendowym, ni ziołowym, ni kwiatowym zapachu. Spienia się dość słabo, a piana nie należy do zbitych i obfitych.

Kosmetyk zapakowano w butelkę ze sprawnie działającą pompką. Co mi się jednak nie do końca spodobało to fakt,  że na zużycie 500 ml producent dał nam tylko 3 miesiące. Normalnie myjąc włosy co drugi dzień raczej bym się w tym czasie nie wyrobiła, gdyby nie fakt, że do umycia włosów potrzebowałam sporej ilości szamponu - tak słabo się pienił.


Jeśli zaś o działanie chodzi, daleko mi do zachwytów. Włosy po umyciu tym specyfikiem szybko zaczynały tracić świeżość, były oklapnięte i brakowało im jakiekolwiek lekkości czy objętości. Żadnego wpływu kosmetyku na ich wzmocnienie nie odnotowałam. Żadna z obietnic producenta nie została spełniona. Nie widzę siebie powracającej do tego szamponu.

Macie jakieś doświadczenia z tym produktem?

wtorek, 19 września 2017

NARS, nail polish, Orgasm

Nie miałam pojęcia, że najsławniejszy róż Narsa ma swój lakierowy odpowiednik, który podesłała mi Hexxana :*  Nie są one jednak podobne kolorystycznie. Róż do policzków ma w sobie dużo więcej różu; lakier jest bardziej brzoskwiniowy. I niestety gryzie się z odcieniem mojej skóry.

Pojemność: 15 ml
Kolor: brzoskwinia ze złotym shimmerem
Wykończenie:shimmer
Konsystencja: rzadka
Pędzelek: klasyczny
Krycie: do pełnego krycia potrzebuję 3 warstw
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose quick dry top coat), ale i tak zdołałam zrobić sobie po jakimś czasie odgniotki, co widać na zdjęciach
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: u mnie trzydniowa

Tym razem nie zostałam przez lakier uwiedziona, ale na paznokciach bratanicy mojego faceta przy jej ciemnejszej karnacji wyglądał świetnie, dlarego szybko znalazł dobry dom :)


This nail varnish was a gift from a friend.

Volume: 15 ml
Colour: peach with gold shimmer
Finish: shimmer
Consistency: thin
Brush: classic
Opacity: a three-coater
Drying time: not tested (I used Golden Rose quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 3 days on my soft, weak nails

sobota, 16 września 2017

Theatric Professional, bibułki matujące super absorbujące

Jako posiadaczka cery tłustej muszę wspomagać się bibułkami matującymi. Przetestowałam ich wiele i do tej pory żadne specjalnie mnie nie zachwyciły. Zwykle musiałam wykorzystywać przynajmniej trzy sztuki do ściągnięcia sebum z całej twarzy, więc kończyłam paczkę za paczką (np. Wibo, Selfie Project, jakieś bibułki z Natury) w błyskawicznym tempie. Aż jednego dnia wpadłam w Rossmannie na Bibułki Idealne.

Oto one (fanfary):


Oto, co nam obiecuje producent:

Bibułki matujące. Super absorbujące. Perfekcyjnie matujące. Zapobiegają świeceniu się twarzy. Doskonale wchłaniają nadmiar sebum. Błyskawiczny efekt. Nie naruszają makijażu. Jedwabiście delikatne. (klik)

Wszystko prawda! Co do słowa! Uwielbiam te bibułki za wielkość (są powierzchniowo większe od Wibo czy Selfie Project), chłonność (w upały sięgam po dwie bibułki, ale w nieco niższych temperaturach jedna daje radę), nienaruszanie makijażu oraz za to, że są dość grube i nie mają tendencji do rwania się. W cenie niepromocyjnej kosztują 11 zł bez grosza, ale w promocjach można upolować taniej.

W moich oczach różowe bibułki Theatric nie mają wad. Skusiłam się natomiast również na wersję zieloną i tamtych nie polecam, są dużo mniej chłonne.

środa, 13 września 2017

Bielenda, Slim Cellu corrector, wyszczuplająca radiofrekwencja rf oraz wygładzająca krio mezoterapia (serum antycellulitowe)

Za każdym razem, kiedy piszę o serach antycellulitowych, muszę podkreślić, iż wiem, że kosmetyki te nie usuną mojego cellulitu. Chcę od nich po prostu pomocy w ujędrnieniu skóry, małego wspomagania po godzince ćwiczeń. Bo, wbrew temu, co mi kiedyś zarzucono, ruszam tyłek z kanapy (na której rzadko przesiaduję, bo prowadząc pensjonat mam bardzo mało czasu na relaks) i ćwiczę kilka razy w tygodniu. Przy okazji polecam mój ulubiony kanał, Fitness Blender.

Przed nastaniem lata skusiłam się na dwa okazy spod szyldu Bielendy. Wydaje mi się, że w tej serii dostępne są trzy warianty. Każda dwustumililitrowa tuba wystarczyła mi na mniej więcej miesiąc cowieczornego smarowanka pupy, ud i boczków. Przy czym zupełnie nie żałowałam sobie nakładanych ilości.


Oba kosmetyki mają postać białej emulsji i potrzebują kilku minut na wchłonięcie. Pachną nienachalnie, delikatnie, jakby kwiatowo. Serum termoaktywne daje na skórze efekt rozgrzewający na granicy bólu (naprawdę daje popalić), a serum chłodzące mocno chłodzi.


Na skórze oba kosmetyki dają podobny efekt - widocznie ją ujędrniają i uelastyczniają, a do tego dobrze nawilżają, więc nie musiałam sięgać jeszcze po dodatkowe wspomaganie.


Notka krótka, ale też nie ma się o czym rozpisywać. Oba sera Bielendy okazały się skuteczne w kwestii ujędrniania skóry. Cellu nie ruszyły, ale bądźmy realistami - tego typu smarowidła nie mają większych szans na pozbycie się tego upartego zawodnika. Zresztą popełniam nadal dużo jedzeniowych grzeszków, więc jest jak jest. Akceptuję ten stan rzeczy, bo pomarańczową skórkę w zasadzie mam od kilkunastu lat; pojawiła się już te 10 kg temu...

Nie polecam jedynie osobom wrażliwym na rozgrzewanie/chłodzenie. Efekty termiczne są mocno odczuwalne.

poniedziałek, 11 września 2017

Tanya Burr Cosmetics, nail polish, little duck

Lakier dostałam od Hexxany :*

Pojemność: 9 ml
Kolor: klasyczna mięta
Wykończenie: kremowe
Konsystencja:gęstawa
Pędzelek: klasyczny, średniej grubości
Krycie: do pełnego krycia potrzeba dwóch warstw
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose)
Trwałość: czasem dwa, czasem trzy dni na moich miękkich paznokciach
Zmywanie: bez problemów



I got this nail varnish from a friend.

Volume: 9 ml
Colour: classic mint
Finish: creme
Consistency:thickish
Brush: classic, medium width
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Golden Rose quick dry top coat)
Durability: 2-3 days
Removing: no problems

sobota, 9 września 2017

Tarte, Showstopper clay palette

Do kosmetyków Tarte wzdycham od kilku lat. Niestety ceny mają zaporowe i trzeba sprowadzać je zza wielkiej wody, co zawsze hamowało moje zakupowe zapędy. I tak bym pewnie sobie o ichnich mazidłach (zwłaszcza różach) marzyła dalej, gdyby nie Kasia i jej megahiperwypasiony prezent urodzinowy dla mnie :****

Proszę, nacieszcie i Wy swoje oczy, bo ja, od kiedy dostałam to cudo w czerwcu, wpatruję się w nie niemal codziennie...


W granatowym kartoniku znajdziemy dość dużą okrągłą paletę z imitacją skóry węża na wierzchu (stworzeń tych ponoć mnóstwo żyje w Amazonii), którą wyposażono też w lusterko. Wszyskie produkty kolorowe przykyte są folijką z ich nazwami. Zawartość to sześć cieni o różnych wykończeniach, bronzer, róż i rozświetlacz:


Wśród kosmetyków przeznaczonych do makijażu twarzy zdecydowanym hitem okazał się puder brązujący park ave princess o matowym wykończeniu i ładnym, neutralnym odcieniu. Na mojej twarzy puder ten wygląda bardzo naturalnie - nie daje efektu brudnej plamy jak chłodne bronzery ani nie robi ze mnie pretendentki do tytułu umpa-lumpa. Używam go do delikatnego konturowania i zawsze zachwycam się, jak on się pięknie rozciera i jak ładnie zgrywa się z odcieniem mojej skóry. Jedynym minusem tego kosmetyku jest to, że jest tak miękki, iż lekko się kruszy pod delikatnymi dotknięciami pędzla, ale róże The Balm, na przykład, też tak robią. Nie jest to żadna tragedia, a i wydajność raczej nie powinna ucierpieć, bo dzięki dobrej pigmentacji nie potrzebujemy wiele kosmetyku do jednorazowej aplikacji.

Róż fame również ma matowe wykończenie i jest koloru łososiowego. Kosmetyk jest bardziej zbity od bronzera i nie kruszy się w ogóle. Jest przyzwoicie napigmentowany, dobrze przyczepia się do skóry i ładnie rozciera. Trwałość różu i bronzera zależy od użytej bazy. Na przypudrowanym płynnym podkładzie trzymają się dobre 10 godzin; na suchszym podkładzie mineralnym - 7-8 godzin. Znikają jednak w ładny sposób, równomiernie, bez dziur i plam.

Rozświetlacz champagne pink jest z nieco innej bajki. Srebrzysto-różowy, jest znacznie chłodniejszy od różu i bronzera, i osobiście uważam, że jednak bardziej pasuje w zestawieniu z chłodniejszymi od Fame różami. Jego wykończenie określiłabym jako delikatnie perłowe z mikroglitterem, który nie jest widoczny tuż po aplikacji, ale pokazuje się po kilku godzinach od wykonania makijażu.

Tak cała trójka prezentuje się na twarzy:


Przejdźmy do cieni.
showstopper copper: ciepły odcień kakako z mlekiem; satynowa baza z drobniutkim złotym shimmerem
go for the gold: odcień rose gold o lekko perłowym wykończeniu
you're a natural: ciepły morelowy brąz o matowym wykończeniu
steel the scene: średni różowy brąz o lekko metalicznym wykończeniu
rose to the top: ciepły, cynamonowy brąz o mocno metalicznym wykończeniu
dim the lights: brązowa czerń; matowa baza z drbniutkim srebrnym shimmerem

Cienie są dobrze napigmentowane i jedwabiste. Tylko jeden z nich, you're a natural, podobnie jak bronzer, kruszy się pod dotykiem pędzla. Z pozostałą piątką tak się nie dzieje. Praca z tymi cieniami to prawdziwa przyjemność. Ładnie przyczepiają się do powieki, dobrze rozcierają, nie gubią pigmentacji, a na bazie mają kilkunastogodzinną trwałość. Poszczególne odcienie bardzo mi się podobają, choć zabrakło niestety matowego jasnego beżu, żeby paleta była w pełni samowystarczalna.

Róż, bronzer i rozświetlacz można również aplikować na powieki.

Aby tradycji stało się zadość, przygotowałam kilka prostych makijaży z użyciem moich pięknych zabawek.

#1
showstopper copper, go for the gold, you're a natural, dim the lights



#2
showstopper copper, you're a natural, steel the scene, dim the lights, champagne pink (jest i smokey)



#3
champagne pink, fame, go for the gold, steel the scene, rose to the top (róz w załamaniu)




#4
champagne pink, park ave princess, showstopper copper, rose to the top  (z użyciem rozświetlacza i bronzera w charakterze cieni)



#5
park ave princess, you're a natural, dim the lights (całość w matach <3)



Uwielbiam tę paletkę. Naprawdę nie mam jej wiele do zarzucenia i odkąd ją dostałam, jest w prawie ciągłym użyciu. Kasiu, jeszcze raz dziękuję za spełnienie mojego Tarte'owego marzenia!

Macie jakieś doświadczenia z tą marką?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...