poniedziałek, 17 lipca 2017

Efektowne pigmenty: Inglot AMC 84 & 85 oraz MAC Blue Brown

Nie wszystkie lubimy pigmenty czy sypkie cienie. Sięgając po nie można spodziewać się osypywania i bałaganu na twarzy, choć można oczywiście temu zaradzić zaczynając od makijażu oczu. Z drugiej strony kosmetyki w tej postaci mają tę zaletę, że zazwyczaj powalają pigmentacją i potrafią wyglądać na oczach efektownie. Zwłaszcza jeśli towarzyszą im efekty specjalne, np. przechodzenie z jednego koloru w drugi. O takich trzech koleżkach właśnie będzie dziś mowa. Jeśli mam nieco czasu, a chcę wyglądać naprawdę wystrzałowo, sięgam po któryś z nich:


Oczywiście na bazie trzymają się od aplikacji do demakijażu.


Inglot AMC 84



Dostałam to cudo w prezencie od Kasi. Pigment ten nie jest może wyraźnie duochromowy (choć czasem delikatnie mieni się na brąz), ale za to ma przepiękny, nieczęsto występujący w cieniowym świecie, odcień oliwkowego złota o metalicznym wykonczeniu. W połączeniu z matowym brązem w załamaniu wygląda naprawdę szałowo.


Inglot AMC 85



To w tym zestawieniu mój faworyt. Różowy brąz mieniący się na błękit. Nie potrzebuje też dodatkowego towarzysza, bo dobrze roztarty zamienia się w ciepły brąz. Kiedy go noszę, zawsze zbieram mnóstwo komplementów, bo pięknie się skrzy na oczach.


MAC Blue Brown



Bardzo hojną (pewnie wystarczy mi do końca życia) odsypkę tego pigmentu dostałam od Hexxany. Działa na podobnej zasadzie co Inglot 84, ale jest od niego ciemniejszy i cieplejszy. On również dobrze roztarty zmienia się w ciepły brąz, więc nie wymaga wspomagacza w załamaniu.

Przyznam, że nie sięgam po te pigmenty zbyt często, ale jak już mi się zdarzy, zawsze mam ochotę powiedzieć "wow". Sami przyznajcie, że jest czym się zachwycać ;)

środa, 12 lipca 2017

Biochemia Urody, tonik/esencja pielęgnacyjna dla cery naczynkowej i wrażliwej na bazie hydrolatu

Nie wiem, czy pamiętacie, ale bardzo polubilam się z łagodzącym tonikiem Pat & Rub w wersji przed rozwodem P&R i Naturativ. Kilka tygodni po wykończeniu tego łagodząco-nawilżającego cuda postanowiłam sprawdzić, czy zestaw dla cery naczynkowej i wrażliwej (8,80 zł) na bazie hydrolatu z róży damascena (16,90 zł)  z Biochemii Urody mógłby być godnym zamiennikiem. 

O właściwościach hydrolatu możecie szerzej poczytać tutaj. Moja naczynkowa cera bardzo go lubi.

Po zmieszaniu wszystkich składników zestawu dla cery naczynkowej i wrażliwej otrzymałam słomkowy płyn o ładnym, różanym zapachu. Przelewałam go sobie porcjami do butelki z atomizerem, bo wolę sobie spryskiwać twarz tonikiem niż wylewać go na wacik, gdzie jego część się siłą rzeczy zmarnuje. Butelka specyfiku wystarczyła mi na około 4,5 miesiąca stosowania dwa razy dziennie.


Tonik może nie okazał się w ogólnym rozrachunku lepszy od wspomnianego we wstępie produktu, ale to nie znaczy, że się z nim nie polubiłam. Bynajmniej. Uważam, że jest naprawdę świetny. Bardzo go doceniam za delikatne działanie nawilżające i zauważalne łagodzenie gry naczyń. O to mi chodziło. Działania antyoksydacyjnego i przeciwzmarszczkowego siłą rzeczy stwierdzić nie mogę, ale silnie w nie wierzę. 

Oczywiście kosmetyk mnie nie podrażniał, nie zapychał, ani nie szczypał w oczy. Wróżę nam wielkrotne spotkania w przyszłości, bo produkt w pełni spełnia moje oczekiwania.

sobota, 8 lipca 2017

Color Club, Fashion Addict

Uwielbiam holosie, a Hexxana niedawno podesłała mi bardzo przyjemnego przedstawiciela tej kategorii.

Pojemność: 15 ml
Kolor: pastelowy lilak o holograficznym wykończeniu
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Essie, good to go)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia




I love hoographic nail polish. I got this one from a friend.
  
Volume: 15 ml
Colour: holographic lilac
Consistency:just right
Brush: classic, quite narrow
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Essie good to go quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: two days on my soft, weak nails

środa, 5 lipca 2017

Zdobycze czerwca część druga: zakupy z Polski.

Będąc w czerwcu w Polsce zrobiłam ogromne zakupy kosmetyczne. Raz, że  nie wiem, kiedy będę w kraju ponownie (na pewno pod koniec roku, a czy wcześniej się uda - nie wiadomo), a dwa - takie rzeczy jak filtry do twarzy i kremy do rąk są u mnie w ciągłym użyciu i nie zalegają za długo. Lato to idealna pora na zaopatrzenie się w filtry na cały rok, bo po sierpniu ciężko już je dostać. Poza tym postanowiłam w końcu wcielić w życie plan wypróbowania niektórych kosmetyków Sylveco i Vianek.

Najpierw w doborowym towarzystwie (:*) zrobiłam nalot na Hebe:





Potem na Naturę:





A na końcu na Rossmanna:



Niektóre rzeczy, takie jak żel pod prysznic, balsam do ciała, tonik, micel, antyperspirant zostawiłam u rodziców na przyszłe przyjazdy ;)

poniedziałek, 3 lipca 2017

Zdobycze czerwca część pierwsza: kosmetyczne prezenty urodzinowe.

W czerwcu skończyłam 31 lat. Jak ten czas leci! Bliskie mojemu sercu Dziewczyny postanowiły mnie z tej okazji maksymalnie rozpieścić. Nie przesadzam, zostałam obsypana prawdziwymi luksusami, na które sama nie mogłabym sobie bez wyrzutów sumienia pozwolić. Kochane, jeszcze raz bardzo, bardzo Wam dziękuję :*

Oto niesmowita niespodzianka od Kasi, która niepostrzeżenie wyłapuje moje marzenia z naszych ploteczek:


Po pierwszych testach jestem w  palecie Tarte zakochana, ale dlaczego opowiem Wam za jakiś czas w osobnym wpisie.

Słomka i Stri-linga natomiast postanowiły maksymalnie dopieścić skórę mojej twarzy:


Zestaw EL czeka na jesień, żeby się wykazać. Latem kosmetyki mają łatwiej, może nawet za łatwo ;)


Prezent od Hexxany, na bogato i z iście ułańską fantazją:






Wszystkie trzy pędzle na razie sprawują się bez zarzutu, perfumy Si kupiły mnie od pierwszego niuchnięcia, na Narsa i miniatury szminek nie mogę się napatrzeć, a Skin & Tonic mają po pierwszych testach ogromną szansę, by mnie w sobie rozkochać.


Na sam koniec Justyna zaskoczyła mnie takimi cukierasami:


Użyłam póki co cieni i pomadki raz, i nie miałam zastrzeżeń. Pomadka nosiła się bardzo komfortowo, a do tego ma ciekawy rdzawy odcień i nie przypomina niczego z mojej toaletki.

No i mi powiedzcie, czy te moje kochane Dziewczyny nie powariowały? Tyle cudownych nowych zabawek!!!

sobota, 1 lipca 2017

Podsumowanie zużyć czerwca.

W czerwcu zużyłam zdecydowanie mniej kosmetyków niż w poprzednich miesiącach. Czasem wszystko kończy się na raz, a czasem nie kończy się prawie nic ;)

Zacznijmy od pielęgnacji


W butelce od hydrolatu różanego tak naprawdę miałam tonik do cery naczynkowej tej marki, którego bazą był wspomniany hydrolat. Teraz Biochemia Urody zestawy te nazywa esencjami. Jak zwał, tak zwał, z toniku byłam niezmiernie zadowolona i poświęcę mu osobną notkę. Nieco  mniej zadowolona byłam z emulsji micelarnej do mycia twarzy Anidy (klik). Po dwukrotnym myciu co prawda  potrafiła rozpuścić większość makijażu, ale gdzie jej tam do olejków czy masełek myjących... Przy porannym myciu twarzy sprawdzała się bardzo poprawnie. Krem Shiseido Ibuki był lekkim nawilżaczem w niezmiernie wkurzającym opakowaniu. Miniaturę tę dostałam od kochanej Hexxany. Opakowanie wystarczyło mi na miesiąc stosowania, podczas którego produkt nie przekonał mnie do siebie. Wprawdzie lekko nawilża, nie uczula i nie zapycha, ale ma wybitnie niefunkcjonalne, bardzo twarde opakowanie, z którego trzeba go wytrząsać, nie wpasowuje się w moją dzienną pielęgnację (nie ma wysokiego filtra), a na noc w chłodniejsze miesiące byłby za mało nawilżający. Latem OK. Maska Bielendy Carbo Detox wciągnęła moje sebum i lekko oczyściła pory, ale nie było to nic wybitnego. A o efektach stosowania płatków pod oczy wypowiedzieć się nie mogę, bo stosowałam je nadzwyczaj nieregularnie, jak mi się przypomniało.



Peeling na noc z 7% kwasu laktobionowego Iwostinu to prawdziwy magik (klik). Chwaliłam go w ulubieńcach zimy na samym początku kuracji, chwaliłam w ulubieńcach wiosny już po jej zakończeniu, chwaliłam w końcu w osobnej notce. Prawdziwy polski hicior, który niepostrzeżenie ale skutecznie zluszcza naskórek, rozprawia się z porami i po prostu odmładza skórę. Skarpety eksfoliujące Bielendy zadziałały, ale nie aż tak skutecznie, jak moje ulubienice z SheFoot. Naskórek się złuszczył, ale niesatysfakcjonująco cienką warstwą. Mydło Miód z Lawendą Lawendowej Farmy opisałabym jako przyjemne. Zawiera w sobie drobinki owsa, ale nie dają one efektu złuszczającego. Kostka pachniała lawendą z goździkami, ładnie się pieniła i dobrze myła skórę, ale po kapieli koniecznie musiałam wysmarować się balsamem/olejkiem.


Tym sposobem doszlismy do zużytej kolorówki i wyrzutków


Zużyłam base coat od Essie. Był poprawny. W połowie zużyłam, a w połowie straciłam w temperówce małą czarną kredkę Lord & Berry (klik). Czemu nie mam parcia na powrót możecie dowiedzieć się z podlinkowanego wpisu. Lakier do ust Shiseido (klik) był ładnym, doskonale napigmentowanym, ale nietrwałym błyszczykiem. Cieszę się, że dzięki Hexxanie miałam okazję go poznać, ale nie jest to rodzaj mazidła i wykończnia, po które nagminnie sięgam. W sam raz na raz, jak mawia Czarszka.

Dwa błyszczyki Maybelline Color Elixir (klik) wyrzucam. Wprawdzie mają ładne kolory i nawilżają naskórek, ale tak zbierają się w bruzdach wargowych, że w końcu straciłam cierpliwość. Zresztą za błyszczykami ogólnie nie szaleję, więc po co te mają leżeć i zbierać kurz.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...